Podsumowanie finansowe czerwca

Jestem, jestem 🙂 I w tym miesiącu mocno spóźniona, ale dotarłam. Zbieram się i zbieram do tych podsumowań, bo zwyczajnie mi wstyd :D. Czytam różne zestawienia na blogach, i raz się prowadzący mieszczą w założonych budżetach, raz nie. A u mnie klapa jak co miesiąc. Cóż, chęci mam dobre, ale życie robi swoje. No i jestem średnio asertywna jeśli chodzi o wszelkie rozrywki…

No i zaczynamy wesoło od jedzenia. Zazwyczaj ratował mnie niewykorzystany budżet na produkty kupowane do domu. Otóż nie tym razem – kupiłam trochę składników na imieninowe ciasto dla bliskie osoby, standardowo trochę spożywki i dwieście złotych poszło. Jedzenie na mieście niestety kiepsko, ale cieszy mnie, ze trzymam się ładnie noszenia posiłków do pracy. Dwa-trzy razy w miesiącu, awaryjnie wypada mi, że wspomagam się pobliską jadłodajnią. Nie jest to dramat i chcę żeby tak zostało.

W około transportowych… w końcu bez wydatków na auto, ale jak znam życie i swoją furę, nie na długo. Reszta trochę nad budżet, ale po części spowodowana tym, że założyłam za kogoś i zwrotu nie otrzymałam. Zdarza się, ale jeśli są to większe kwoty, albo pochodzą od kilku osób na raz i zbierze się tego więcej, to też może rozwalić budżet. Znacie to?

Kosmetyki… moja pięta achillesowa. Żałuję, że nie zapisałam konkretnie na co wydałam prawie stówę. Pamiętam krem do rąk z lidla (4 zł) oraz ukochaną bazę do rzęs, bo trafiła się w dobrej cenie na allegro (28 zł). Reszta NIE MAM BLADEGO POJĘCIA. Ale spokojnie, w tym miesiącu znalazłam nową fazę i nowe (niby tanie :P) kosmetyki, które muszę mieć… Co do ciuchów: 199 zł pochłonęły buty zimowe. Polowałam na nie, chyba od marca, ale nie sądziłam, ze pojawią się przecenione o 150 zł w czasie największych upałów w tym roku. Kupiłam bez wahania, bo jeśli nie teraz, musiałabym kupić coś w regularnej cenie na początku zimy. Reszta to bielizna na przecenie, i dodatki weselne na przyszłość w dobrych cenach, m.in. stanik bez pleców z Lidla. Nie wiadomo kiedy się przyda,a standardowo w sklepach koszt takiego cuda to pewnie około stówki.

Kategoria przez którą tak długo waham się czy publikować te zestawienia czy nie. 150 zł puściłam z dymem, a kolejne 150 zł to piwka i inne. A najgorsze jest to, że z miesiąca na miesiąc to widzę, a nic się nie poprawia. I pewnie do końca lata się nie poprawi… Na swoje piwka ukochane bezalkoholowe i alkoholowe postanowiłam po prostu szukać promocji z okazji nadchodzących imprez, bo innej opcji nie widzę. Najbliższe miesiące będą bardzo intensywne, więc mogę chociaż nie kupować alko w żabkach i na stacjach, gdzie ceny są podbite często dwa razy. W rozrywce mieszczą się całkiem fajne letnie aktywności czy wejście na lokalny festiwal, ale też abonament HBO Go, który zapomniałam anulować :/. Imprezy to pieniądze, które poszły na wesele, na którym ostatnio byłam, czyli głównie koszt prezentu.

W czerwcu były imieniny bliskiej mi osoby, i mieliśmy w rodzinie prezent składkowy, który kupowałam. Musze przyznać, że wyszedł więcej niż planowaliśmy, więc nie wiele myśląc i mówiąc zamiast wydać 60 zł wydałam 160 zł, ale grunt, że się podoba. Reszta standardowo: karnet na siłkę, abonament telefoniczny czy ostatnia tak mała rata za mieszkanie.

Podumowując: kicha.

Ale abstrachując od tego wszystkiego co powyżej, mam ostatnio dobry czas. I trochę z tego korzystam po prostu :D. Zbiorę się do podsumowania półrocznego i spróbuję coś więcej napisać.

Zdradzę wam tajemnicę, w lipcu z moimi pieniędzmi jest wcale nie lepiej. Do tego w grę weszły plany wakacyjne, których w ogóle nie brałam pod uwagę i już w ogóle nie wiem jak to ugryźć.

Podsumowanie finansowe maja

No cześć, witam was w czerwcu. Heh – widzę, że tak zaczęłam swój post, który planowałam 12 czerwca udostępnić. Ciężko powiedzieć gdzie mnie wywiało na resztę czerwca, ale jestem tutaj w lipcu. Muszę wrócić do rzeczywistości. Teraz szybko przedstawię maj i wezmę się za podsumowanie czerwca i myślę też o zrobienia rachunku sumienia z półrocza, bo tak to chyba trzeba będzie nazwać.

Wiosna była dosyć kapryśna w tym roku, więc tym bardziej cieszy mnie letnia aura na zewnątrz. Maj zleciał mi w mgnieniu oka i ciężko mi nawet ogólnie nakreślić pod jakim znakiem upłynął. Tak w skrócie to pewnie na martwieniu się i wydawaniu pieniędzy na samochód :D.
Przejdźmy do finansów:

Odnośnie dochodów jest trochę lepiej niż minimum, które sobie zakładam. Teoretycznie wynagrodzenie powoli idzie w górę, ale skończyły się już podwyżki z początkowego okresu zatrudnienia, kiedy to, co jakiś czas dostawałam 200 zł więcej za dobrze wykonaną pracę. Było to bardzo motywujące, teraz już nie mam takiej mobilizacji do pracy. Delikatnie rozglądam się czymś nowym, bo moja praca mocno szarpie mi nerwy i czuję, że trochę się w niej zasiedziałam. Myślę o zmianie, ale lekko mnie ta myśl paraliżuje – co będzie jak będzie gorzej niż w obecnej lub jeśli się nie sprawdzę? Obserwuje co się dzieje na lokalnym rynku pracy, ale nie wykonuję gwałtownych ruchów. Jeśli znajdę ciekawą ofertę będę rekrutować, ale bez zmian na siłę. Btw. na przełomie maja i kwietnia byłam na rozmowie o pracę na mega interesujące i odpowiedzialne stanowisko. Niestety mimo negocjacji proponowali znacznie mniej niż teraz zarabiam – Taka zmiana nie wchodzi w grę.

W kategorii jedzeniowej bez większego komentarza. Trochę przeholowałam z jedzeniem w pracy, ale te budżetowe 30 zł wystarcza mi na 2 lub 3 dni bez przygotowania posiłku do pracy. W tym miesiącu zdarzyło się widocznie ze dwa takie dni więcej. Dieta w tym miesiącu wskoczyła z powrotem na listę priorytetów – miotam się i miotam ostatnimi czasy z odpowiednim planem żywieniowym, ale chyba znalazłam sposób, który z resztą kiedyś już mi się sprawdził. Od około dwóch tygodni po prostu liczę kalorie – jem ok. 1500 -1600 kcal. Ten sposób pozwala mi się kontrolować, a przy okazji jeść wszystkie rzeczy, których nie chciałabym wykluczać, bo je uwielbiam. Czy to smażony boczek czy lody (zazwyczaj takie do 100 kcal, jest ich sporo :)). Jeżeli przegnę ze śniadaniem, koryguję to lekką kolacją itd. Moja aplikacja do liczenia kalorii liczy też makroskładniki czyli białka tłuszcze i węglowodany, ale to raczej trzymam w ryzach instynktownie. Bądź co bądź, waga na razie nie chce ruszyć, ale wiem, ze mój organizm potrzebuje czasu, po tylu latach prób odchudzania i czasów rozluźnienia. Będę dawać znać jak mi idzie!

No i auto – z jednej strony szykowałam się psychicznie na te wydatki, z drugiej byłam przekonana, że ubezpieczenie i przegląd czekają mnie dopiero w czerwcu. Budżet więc musiałam skorygować i wziąć pod uwagę dodatkowe wydatki w maju. Nie przewidziałam jednak dodatkowych napraw auta… Cóż, taka cena komfortu, a w moim przypadku po prostu kwestia optymalnego transportu. Mieszkając na zadupiu nie jestem w stanie pozbyć się tego obciążenia.

Dałam sobie swobodę odnośnie ubrań – nie da się ukryć, że mam braki w garderobie na wiosnę i lato. Zamówiłam nawet kilka rzeczy, ale koniec, końców została ze mną jedna sukienka, a resztę odesłałam (wrzuciłam w tę kategorię koszt przesyłki zwrotnej do sklepu). Może i dobrze, w czerwcu planuję jakieś zakupy jak już zaczną się wyprzedaże i o ile stracę trochę brzucha.

W mojej kategorii alkoholowo-fajkowej jak zawsze wysoko -niestety. Niech was nie zmyli kwota wydana na alkohol, bo złożyły się na nią głównie … piwa bezalkoholowe. Jestem ostatnio ich fanką, a ogólnie jestem fanką piwa niestety. Natomiast wybór piw free (niesmakowych) w ostatnim czasie znacznie się powiększył, co sprawia, że znacznie chętniej po nie sięgam, a jest dla mnie dużym ułatwieniem jako dla osoby, która ciągle jeździ autem. Czy to dobrze? Chyba nie najlepiej, bo często bym po prostu zrezygnowała ze swojego ulubionego trunku, a tak po prostu kupuje browar free, który często bywa droższy niż zwykły. Reszta leży… Coraz mocniej irytują papierosy, ale jak już łapię jakąkolwiek większa rozkmina o rzuceniu fajek, to wieczorem mam grilla i palę jak reszta jeden za drugim….

Reszta kosztów: prezent na dzień matki i antybiotyk po mini zabiegu z tego miesiąca. Kupiłam też w dyskoncie parownicę, ale mam wrażenie, że nie była to trafiona inwestycja. Standardowo: karnet na siłownie i opłata za telefon… no i rata mieszkaniowa. Dlaczego taka mała? Już tłumaczę: Na początku zaznaczę, że to tylko połowa aktualnej raty, wliczam tylko to co ja płacę, ze względu na to, że tylko ja w tym związku prowadzę tak dokładny budżet domowy, a podsumowanie dotyczy moich finansów. Aktualna rata ok. 150 zł, wynika w skrócie z tego, że kupiliśmy mieszkanie z rynku pierwotnego i płacimy kredyt proporcjonalnie do tego co bank już wypłacił deweloperowi na danym stopniu zaawansowania :). Rata będzie rosła przez najbliższe miesiące, aż do wypłacenia pełnej puli kredytu i oddania mieszkania w nasze ręce.

W tym miesiącu wydatki okrutne, po części spodziewane, a po części nie. Przyznaję też, że rozpasałam się ostatnio i oszczędzanie mi nie w głowie. Bujam w obłokach i myślę o wyjazdach wakacyjnych, a tu chyba czas zejść na ziemię, bo faktycznie oszczędności odbiegają od tych założonych…

Podsumowanie finansowe kwietnia

Cześć, witam was dzisiaj z mocno spóźnionym podsumowaniem finansowym. U mnie ostatnio wszystko z opóźnieniem – w końcu mamy prawie połowę maja. Co tu dużo mówić, okropnie się rozpasałam w kwietniu. Prawdę mówiąc do pisania tego tekstu, nawet nie wiedziałam ile w tym miesiącu wydałam pieniędzy. Ostatnie dwa tygodnie upłynęły na takim szaleństwie, że nie było czasu księgować, więc całą historie wydatków odtworzyłam na podstawie konta. Jak można się domyślić, kiedy nawet z tyłu głowy nie miałam myśli o oszczędzaniu, wydałam duuuuużo za dużo.

Jedzenie na szczęście prawie w ryzach, ale to tylko dzięki temu, że nie kupiłam do domu tyle rzeczy ile planowałam. Strasznie dużo stołowania się na mieście, ale uwierzcie to kwota i tak mniejsza od tych które bywały przed spowiadaniem się na tym blogu. Ta kwota mnie nie dziwi, bo spotkań towarzyskich było sporo i na szczęście takich jakich lubię – jedzenie na prawdę dobrego jedzenia (a nie jedzenie na mieście byle czego, bo już mnie skręca z głodu) na ogródkach knajpek w wiosennej atmosferze. Więc w sumie spoko, ale wciąż trochę za dużo. Celebrowanie pyszności okej, ale nie tak często.

Tutaj również rozminęłam się z planem, ale 20 zł, przy ilości paliwa, którą zużywam to prawie jak nic, więc lecimy dalej :).

Na szczęście prawie z planem, ale wydatki na kosmetyki wbiły mnie w ziemie :D. Kupiłam w promocji ulubiony podkład (ok. 30 zł), ponieważ wykończyłam już wszystkie zapasy. Oskarżyłam używany Effeclar Duo o zapychanie mi twarzy więc korzystając również z promocji w SuperPharm (podobno z 78 zł na 18zł…) kupiłam nowy krem do twarzy z Biodermy. Oprócz tego paczka tamponów (15 zł) żel pod prysznic (8zł) i zakupy włosowe: olej (18zł), niebieska maska(10 zł), serum na końcówki (10 zł) i spray temoochronny (15 zł). No okej, prawie się składa na te kwotę. Może to nie wygląda na najpotrzebniejsze rzeczy, ale są to produkty, których używam regularnie, a kupuję raz na pół roku lub rzadziej. Co najlepsze wydanie 150 zł w jednym miesiącu nie oznacza, że w następnym będzie jakoś super, bo już w maju wydałam 70 zł… Czy przesadzam?
Ubrania – niby planowałam jakoś zasilić garderobę, ale prawdę mówiąc nie pamiętam, żebym kupiła coś konkretnego :O. Więc po kolei: na portalu Vinted kupiłam swoje ulubione spodnie (35 zł) z drugiej ręki (i…. się w nie nie zmieściłam – czyli waga nie kłamie), rajstopy na wesele, które podarłam w rękach przy wkładaniu (19,99 zł), skarpetki w Pepco (11,98 zł), śmiesznie tania i bardzo uniwersalna spódnica z H&M (21 zł), bielizna (32 zł) i super codzienna sukienka również z H&M (22 zł). Okej, coś tam jest szczególnie z konkretów sukienka i spódnica, tylko pogoda ostatnio nie dopisuje by to nosić. Wciąż moja garderoba na wiosnę wygląda bardzo mizernie, ale konkretniejsze zakupy planuje po schudnięciu 5 kg, które przybrałam podczas zimy.

I im dalej w las, tym gorzej. Przepalonych pieniędzy nie chcę nawet komentować, około alkoholowe kategorie też ponad normę. W miarę dobrze wykalkulowałam kwotę na weselę -426 zł to suma za kopertę, tańce z panem młodym (kto był na polskim weselu ten wie), dodatek do prezentu tj. to co młodzi chcieli zamiast kwiatów oraz koszt fryzjera.

I misz masz: zapomniałam o jednych urodzinach w rodzinie, stąd nieplanowany prezent. Karnet na siłownię w sumie planowałam kupić, ale też jakoś zapomniałam to uwzględnić w budżecie. Oprócz tego opłata za bank i telefon w podatkach, oraz pierwsza, póki co śmieszna, rata mieszkaniowa, która będzie już tylko rosła.

Podsumowując, oszczędność, która zasila konto, na szczęście jest, ale po raz kolejny nie zbliża się nawet do tego co sobie założyłam na początku roku. Chciałabym, żeby maj był trochę spokojniejszy pod względem finansowym, bo czerwiec, już wiem, że nie będzie: czeka mnie kolejne wesele, oraz ubezpieczenie i przegląd samochodu.

Podsumowanie finansowe marca

Prawie połowa kwietnia, a ja tu dopiero wpadam z podsumowaniem marca. Zbierałam się i zbierałam, ale wiosenne dni przelatują mi ja przez palce. Regularne treningi, chęć spędzania czasu na świeżym powietrzu i inne zobowiązania sprawiają, że czas mi ucieka jak szalony i czasem mam wrażenie, że nie ma kiedy spokojnie usiąść na tyłku przez chwilę. Do sedna:

Kieską wypłatę marcową udało mi się zrekompensować dodatkowymi dochodami. Po długim czasie sprzedałam koktajlową sukienkę z imprezy weselnej z tamtego roku za całkiem nie złą sumkę, a Booking zwrócił mi 50 zł za pobyt w hotelu na zimowym wyjeździe pod koniec lutego. Na szczęście wynik na plus.

Jeśli ktoś z czytających wybiera się na wakacje i rezerwując nocleg korzysta z Booking.com, wystarczy, że skorzystacie z mojego linku i również otrzymacie zwrot 50 zł: klik

Kategoria jedzenie bardzo w porządku. Jestem zadowolona z wyniku stołowania się na mieście jak i w pracy. Gorzej ze śmieciowymi przekąskami, ale po to wyodrębniłam tą kategorię, żeby jej się lepiej przyjrzeć.

Wydatki na paliwo zgodnie z planem, chociaż to bardzo duża kwota. U mnie zawsze jest sporo, ale dodatkowe koszty wynikają z dojazdów na zajęcia sportowe w wieczorowych porach. Zawsze starałam się minimalizować ten wydatek przez korzystanie z zajęć zaczynających się zaraz po końcu mojej pracy, ale teraz trafiłam na takie, które podobają mi się na tyle, że jestem w stanie przeboleć dodatkowe koszty. Oprócz tego wpadły opłaty za poruszanie się innym transportem: autobusy i taksówka wracając nocą do domu.

W kategorii ubrania są … 2 sukienki. Niby fajnie, ale wolałabym wydać pieniądze na ubrania, które mogłabym nosić na co dzień. Mam okrutną ochotę na odświeżenie swojej garderoby, a w zasadzie tą całkowitą jej metamorfozę. Nie podoba mi się nic co mam z wiosennych ubrań i z chęcią bym wymieniła wszystko. Tymczasem czekam aż schudnę i szukam inspiracji, a kupuję to co muszę. Czyli sukienki na wesela, których ilość w tym roku jest o-gro-mna. Jedną z sukienek kupiłam używaną na Vinted i niestety leży mega kiepsko, a nie mam możliwości zwrotu. Na szczęście zapłaciłam za nią ok. 40 zł i takie było ryzyko. Wydatki związane z weselami są moją kulą u nogi, kombinuję jak mogę: sukienki kupuję tanio, potem sprzedaję, ale wciąż wydatki są baaardzo duże.

Po marcowej kategorii rozrywkowej, doskonale widać, że zaczął się sezon wiosenny :D. Wypełzłam spod kołdry i korzystam z uroków ciepełka – alko i fajki oczywiście do ograniczenia, a oprócz tego wpadł nieplanowany wyjazd w odwiedziny do znajomych.

No i kolejna kategoria w której nieźle nabroiłam. Zgodnie z planem w marcu przewidziałam moje co roczne ombre na włosach, które samo w sobie jest nie tanie, no ale cóż, raz w roku można. Nie przewidziałam, że skuszę się na jeszcze jeden zabieg kosmetyczny, a konkretnie lifting rzęs. Skusiły mnie dwie rzeczy: ten wpis na blogu Basi oraz promocja na zabieg (ze 150 zł na 100 zł) trwająca tylko w marcu. Efekt nie jest tak mocny, że mogłabym zaprzestać malowania rzęs, ale jestem zadowolona. W sumie to mogłabym z tuszowania zrezygnować, ale za bardzo lubię efekt podkreślonych rzęs (ale bez przesady, przedłużenie jest totalnie nie dla mnie – za mało naturalny efekt). Oko jest bardziej otwarte i bez makijażu, a rzęsy pociągnięte tuszem wyglądają spektakularnie. Zobaczymy ile będzie się utrzymywał efekt, ale nie wykluczone, że jeszcze powtórzę zabieg. Z innych dużych wydatków, również przez promocję kupiłam już w marcu karnet na zajęcia sportowe, który planowałam kupić w kwietniu. Ten wydatek tak na prawdę się tylko przesunął bo obejmuje wejścia na siłownie za miesiąc kwiecień.

Podsumowując: PADAKA. Wiem, że jest tu mnóstwo rzeczy bez których mogłabym się obejść chcąc naprawdę mocno zacisnąć pasa, ale kurde, nie czuję, żeby pójście raz na rok do fryzjera na pomalowanie włosów to była jakaś totalna rozpusta. Fakt, nie jest to tanie, ale też mam chęć w miarę wyglądać, a wiem ile moje koleżanki wydają na takie rzeczy. Najbardziej denerwują mnie wydatki weselne, bo są nie do ominięcia, a są totalnie nieprzydatne w życiu. Teraz i tak były tylko ubrania , które później można spieniężyć. Ale dopiero się zacznie: koperta, fryzjer, dojazd itd. Dobrze, że robienie make upu opanowałam na tyle, że robię sama. Reszta to cóż: normalne, codzienne życie: niezbędne na dojazdy do pracy paliwo, unormowane żarcie, sporadycznie wyskok na miasto, trochę rozrywki i picia piwa wygrzewając się w wiosennym słońcu. Ale to wciąż jest 1700 zł, ponad połowa mojej pensji, a moje prawdziwe obciążenia są znikome. Zaraz zaczynam spłacać kredyt, a jeszcze trochę i zacznę prowadzić normalne dorosłe życie. Trochę to przerażające, ale może wtedy styl mojego życia sam z siebie się zmieni?

Podsumowanie finansowe lutego

Standardowo, na luty plany miałam ambitne – krótki miesiąc, do tego jeszcze zimowy, bez większych planów. W zasadzie idealne warunki do oszczędzania. Generalnie nie wyszło – kiepska wypłata i spontaniczny wypad sprawiły, że nie udało się zaoszczędzić tyle ile planowałam.

Zaczyna się cienko – Ostatnimi czasy moje dochody oscylowały prawie zawsze powyżej 3 tysięcy, i to było to, co pozwalało mi na myślenie o regularnym oszczędzaniu ok. 1500 zł, a w dobrych miesiącach około 2k. Tutaj jest jeszcze mniej niż planowo ze względu na dłuższe zwolnienie chorobowe, które wpłynęło na dwie wypłaty. Ale nic to, trochę się wyleżałam w tym czasie, a teraz dalej kombinuje jak tu dodatkowo dorobić :).

Z jedzeniem całkiem nie źle – wszystkie posiłki w pracy przyniesione z domu, a jedzenie na mieście mieści się w kwocie jaką akceptuje, nie zakładając totalnej ascezy. Jest to wynik planowania posiłków od poniedziałku do piątku i zamierzam to kontynuować w najbliższych miesiącach. Wyodrębniłam przekąski i wsadzam tam niezdrowe rzeczy czy jakieś napoje – 30 zł to nie jest jakaś masakryczna kwota, ale lepiej gdyby jej nie było w ogóle, głównie ze względu na moją figurę i zdrowie.

Bardzo dobry, jak na mnie wynik jeśli chodzi o benzynę, ale to wyjątkowa sytuacja choroba unieruchomiła mnie na prawie dwa tygodnie.

Nie wiem co sobie myślałam, zakładając budżet 30 zł na kosmetyki, ale trochę przegięłam, mimo, że to głównie zapasy. Kupiłam 4 swoje ulubione tusze po 10 zł w Oriflame (standardowo jeden kosztuje 39,99 zł), zazwyczaj tak robię jeśli trafia się taka promocja i mam zapas na jakieś pół roku. Oprócz tego moją ulubioną bazę do tuszu (muszę kiedyś o tym napisać, bo to wyjątkowy kosmetyk) i paletkę oraz korektor na promocji w Hebe.
Co do ubrań, budżet ten był przeznaczony na upatrzone skórzane, zimowe obuwie. Udało mi się nawet zamówić idealny model za 269,99 zł w przecenie, jednak mimo świetnego ocieplenia i niezaprzeczalnej urody okazały się niewygodne :(. Możliwe, że to kwestia czasu i byłyby okej, ale trochę bałam się zaryzykować, a impulsem do zwrotu była kolejna przecena o 70 zł :D. Myślałam nawet żeby oddać i zamówić ponownie, ale już dałam sobie spokój i tak pewnie by leżały do następnej zimy. Tylko teraz nie wiem w czym będę chodzić pod koniec roku w mroźnej zimie, bo nie lubię kupować w regularnych cenach na początku sezonu :D. Na to miejsce wskoczyła torebka na którą też się długo czaiłam oraz dwie pary spodni i sweter z second handu. Może torebka nie jest pierwszorzędową potrzebą, ale jak dobrze popatrzyłam z jakim obdarciuchem już ostatnio chodziłam, to nie żałuję.

Wbrew pozorom, jestem zadowolona z tej kategorii, z tym, że wyjazdów w ogóle nie powinno tu być, bo wcale nie są niezdrowe :D. Jak na mnie, około używkowe kategorie wyglądają super i chciałabym, żeby tak zostało. Wyjazdy były dwa, a planowany był tylko jeden – znacznie tańszy, w odwiedziny do znajomych. Poza tym, spontanicznie odwiedziliśmy góry w celu pojeżdżenia na nartach, co kosztowało mnie ok. 500 zł: 100 zł nocleg, 100 zł benzyna, 100 zł skipass i 200 zł jedzenie. No właśnie.. ten wyjazd mógłby być nawet budżetowy gdyby nie to jedzenie. I tylko w tej kwestii mam drobnego moralniaka, bo gdybyśmy lepiej pokombinowali mogłoby być mniej. Poza tym nie żałuję. Nigdy nie żałuję wyjazdów, najchętniej gdzieś bym się ruszała raz na dwa miesiące, nawet na 2-3 dni żeby odetchnąć innym powietrzem :). Mam nadzieję, że nie długo znowu się uda gdzieś wyskoczyć :).

W innych miszmasz: prezent dla znajomych, leki na przeziębienie (grr…) i książka o której wam ostatnio pisałam „Subtelnie mówie fuck…”. Reszty już nawet nie jestem w stanie rozszyfrować.

Podsumowując budżet rozjechał się o ok. 500,00 zł czyli mniej więcej o wartość spontanicznego wyjazdu. Na pewno nie zbliża mnie to do założenia oszczędzania 1500,00 zł miesięcznie, ale dla przyjemności życia i zdrowia psychicznego (:)) i tak uważam, że warto. Będę kombinować bardziej w stronę zarabiania więcej niż oszczędzania na tak ważnych przyjemnościach. Ale jednak trzeba się sprawdzić: zgodnie z planem, po dwóch miesiącach powinnam oszczędzić 3 000 zł – na ten moment mam lekko ponad 2000 zł niestety.

Początek roku – myśli zebrane

Dwa pierwsze miesiące wprowadziły jakby trochę równowagi w moim życiu. Stres wciąż gdzieś tak koło mnie jest, ale jakby uśpiony, a każdy napad lęku po chwili jestem w stanie sobie rozłożyć na części pierwsze i przestaje być aż taki straszny. Równowaga objawia się tym, że moje myśli powróciły do krążenia wokół pierdół: odchudzania, ciuchów, wydawania (bądź oszczędzania) pieniędzy itd. To całkiem przyjemny stan i mimo, że czasem kłuje mnie w boku infantylność tych rzeczy, pozwalam mu trwać jak najdłużej.

Poniżej trochę tego co siedzi mi w głowie ostatnio, na co wydaję pieniądze bądź okrutnie mnie korci, żeby wydać.

Uroda
Odpuściłam ostatnio trochę swoim włosom, ale wkręciłam się mocno w pielęgnację twarzy. Pierwsze zmarszczki doprowadzają mnie do szewskiej pasji, a stres i nieprzespane noce odbijają się tak mocno na twarzy, że zainteresowałam się nowym tematem gdzie świetnie można trwonić pieniądze :D. Na razie wykorzystuje kosmetyki, które mam (plus przepuściłam całą kartę podarunkową do Hebe, którą dostałam w prezencie na święta). Doktoryzuje się w temacie oczywiście na blogach: kosmostolog.blogspot.com oraz kosmeologika.pl, ten drugi dzięki Bogu jest bardzo przyjazny nie drogim zakupom :). Wśród rówieśniczek widzę silny trend zainteresowania medycyną estetyczną mimo dwudziestu kilku lat. Póki co ta wizja mnie totalnie odrzuca (to są dopiero koszty!) i chciałabym jednak jakoś pomóc swojej cerze, żeby trzymała się dobrze. A kolejna sprawa, że jeszcze nie wyleczyłam się do końca z trądziku i jak widać chyba sam z siebie nie odpuści :D.

Dieta
Luty był u mnie miesiącem planowania posiłków i tym razem sprawdziło się to świetnie. Wcześniej podejmowałam różne próby, ale dopiero ta skończyła się zadowalająco – nie wydałam ani złotówki na jedzenie w pracy.
Planuję jadłospis od poniedziałku do piątku i wyłącznie trzy posiłki – II śniadanie (często coś bardzo prostego, jak serek wiejski + bułka), obiad do pracy i jeden posiłek w domu. Nie planuję śniadania, bo często mam mało czasu i jem cokolwiek w locie, oraz kolacji – czasami jej w ogóle nie jem, albo dojadam np. przekąskami czy piwem :D. Same plusy – nic mi się nie marnuje, mniej czasu na zakupach, ale trzeba się trochę pogłowić. Planuję opublikować jakieś swoje jadłospisy albo wykaz moich ulubionych prostych dań – to drugie bardzo by mi się przydało zgromadzone w jednym miejscu, a może ktoś jeszcze skorzysta.

Sport
Aktualnie jestem w fazie sportowej – regularnie chodzę na treningi, których forma bardzo mi się spodobała. Nie wiem czy kiedyś o tym pisałam, ale od kiedy publikuje swoje podsumowania finansowe, nie było tam rubryczki sport, która pewnie niedługo się pojawi. Od pół roku korzystam z pakietu OK System, który otrzymałam w promocji za założenie i utrzymywanie konta bankowego. Umożliwia mi to chodzenie 2 razy w tygodniu na zajęcia sportowe w różne miejsca – taki ograniczony Multisport :). Biorąc pod uwagę, że na karnety na siłownię zazwyczaj wydawałam ok. 100 zł miesięcznie, dało mi to całkiem nie złe oszczędności :). Piszę o tym teraz, bo zauważyłam, że ta promocja wróciła do banku – klik. Pod linkiem macie wszystkie informacje – mi za miesiąc kończy się już karnet, ale może ktoś również zaoszczędzi bądź skorzysta. Oprócz siłowni i innych fitnessów, ja często korzystałam np. z oferty SPA bądź sezonowych aktywności jak lodowisko – OK System to wszystko umożliwia :).

Ciuchy
Trochę zaczynam wychodzić z letargu zimowego, kiedy to jest mi wszystko jedno co mam na sobie, byle było ciepło. Coraz bliższy jest mi trend ubrań wysokiej jakości, więc dzięki Bogu nie poszalałam na Salesach. Tak jak parę lat temu na wyprzedażach kupowałam sweterek za 30 zł, tak w tym, jak już na coś miałam chęć to kaszmirowy sweter za 200 zł. Świetna cena jak za kaszmir, ale wciąż… Uratowały mnie przed tym second handy, od tej pory poszukiwania dzianin (no może poza kardiganami) i spodni jeansowych zawsze zaczynam od szmateksów. Przede mną poszukiwania sukienek weselnych, więc ciężko mówić o jakiejś ascezie zakupowej, ale większe zakupy odłożę, aż wiosna przyjdzie na dobre i wyklaruje się czego mi brak.

Czytam i oglądam
Z wypożyczenia wrócił do mnie Finansowy Ninja Michała Szafrańskiego i od nowa ruszyłam z wertowaniem kartek. Niby wszystko już wiem, ale samo czytanie tej książki uświadamia mi, że wcale tak dużo nie potrzebuję i wraca chęć na oszczędzanie. Pod tym względem to było dobrze wydane 70 zł – polecam :D. W kolejce leży jeszcze: „Subtelnie mówię F*ck! Sprzeczna z logiką metoda na szczęśliwe życie”. Zobaczymy czy też będzie tak dobrze działała, że samym czytaniem poprawi podejście do życia ;).

Jednym tchem wciągnęłam serial „TY” z Netflixa, ale może bardzo nie ma się czym chwalić, mam wrażenie, że to trochę guilty pleasure. To takie połączenie Plotkary i Dextera, fanom tych seriali na pewno podejdzie. Oprócz tego obejrzałam kilka oskarowych filmów – Narodziny Gwiazdy, Bohemian Rhapsody i Zimną Wojnę, wszystkie absolutnie warte zobaczenia. Nie do końca spodobała mi się nasza rodzima produkcja – Underdog. Znajomi ciągną mnie do kina na Kobiety Mafii (Ugh…) i jak mi ktoś postawi bilet do kina, to pójdę – własnych pieniędzy na pewno nie wydam :D.

Radości
Początek roku, a już udało nam się zaliczyć mały weekendowy wypad. Oczywiście nadszarpnęło to budżet i było totalnie nie planowane, ale cieszę się jak dziecko z każdego małego wyjazdu. Wracam pełna energii i w sumie chętna do pracy :). No i nic mnie nie cieszy tak, jak wizja nadchodzącej wiosny. Jestem totalnym ciepłolubem, a wiosna to moja ulubiona pora roku. Nawet zawsze lepiej wtedy wyglądam, w zimie jestem cieniem człowieka. Najchętniej bym się wyprowadziła gdzieś, gdzie jest wiecznie ciepło.

Do poprawy
Kiedy trochę uporałam się ze swoimi wewnętrznymi wątpliwościami, bodźce z zewnątrz dalej dają się we znaki. A dokładniej niezmiernie mnie wkurwia gadanie ludzi dookoła. Czasami z przekąsem, czasem nie w złej wierze, czasami żeby dopiec. Wszyscy gadają i gadać będą dalej, ale ja się jeszcze na to nie uodporniłam, bo sama nie jestem pewna swoich wyborów i wszytko mi się rozpada kiedy ktoś je podważa. Chciałabym jakoś to wypracować, żeby nie wpadać w wir nerwów kiedy ktoś krzywo popatrzy na moje wybory około mieszkaniowe czy będzie komentował brak dzieci i ślubu w tym czy innym wieku.

Wystarczy na dzisiaj, bo i tak wyszedł pewnie wpis tasiemiec. Opublikuje to w końcu, bo w szkicach wisi mi chyba z 5 wpisów, których ciągle nie mam kiedy dokończyć. A dzisiaj mnie tchnęło na takie małe przemyślenia.

Podsumowanie finansowe stycznia

Cześć !
Styczeń mi się osobiście trochę dłużył, ale mimo wszystko zleciał. Generalnie początek roku był drogi… Chyba najbardziej zabolały mnie wydatki związane z autem, ale po kolei:

Jeżeli chodzi o zarobki to teoretycznie nie najgorzej, bo jakaś tam mała premia wpadła. Cienko to wygląda niestety jeżeli chodzi o dodatkowe dochody i na tę chwilę, nie za bardzo mam pomysł skąd bym je mogła wziąć. Ha! – a może ktoś z was wyjeżdża i nocuje korzystając z bookingu? Booking oferuje zwrot 50 zł dla Ciebie i dla mnie, jeżeli zarezerwujesz nocleg korzystając z mojego linku :).

https://www.booking.com/s/34_6/1c24a99a

Nie wiem jak wy, ale ja uwielbiam korzystanie z takich małych okazji. Może znacie tego typu premię za polecenia, albo inne okazje na dorobienie?

Odchodząc od tematu – ja tu kombinuje jak dorobić 50 zł, ale zdarzyło się w tym miesiącu coś co napawa mnie optymizmem. Dostałam dwie oferty pracy, za naprawdę nie zły hajs – ale co najlepsze – na żadną nawet nie wysłałam CV :D. Wiem, brzmi idiotycznie, haha. Ale pieniądze (no a przede wszystkim zakres obowiązków) były tak onieśmielające, że poczułam się za cienka na te stanowiska. Co w tym więc dobrego? No jest nadzieja na przyszłość i pokazało mi to niejako zakres w którym warto się rozwijać.

Jedzenie przekroczone, ale akurat jakiejś masakry finansowej tu nie ma. Idealnie byłoby się nie pozbywać tej stówy wyrzuconej na mieście, więc to na pewno do poprawy. Jeżeli jadłam na mieście to były to śmieci – jakieś buły albo McDonalds, za to całkiem dobrze odżywiałam się w domu i przygotowywałam większość rzeczy do pracy w pudełkach.

A tutaj winowajca styczniowej klapy – opony. A tak naprawdę już w grudniu wiedziałam, że czeka mnie ten smutny wydatek. Smutny, bo nie lubię wydawać pieniędzy na samochód. Zawsze jest drogo i nie widać różnicy. No ale cóż, na jakiś czas z głowy. Od stycznia miałam po stówce odkładać na ubezpieczenie do auta, ale dołożyć tu kolejny wydatek, hell no. Muszę to jakoś inaczej rozwiązać.

Miałam przeznaczoną pewną kwotę na wyprzedaże, ale całość z nawiązką wydałam na prze-pię-kne buty. Adidaski przecenione z 629 zł. Wiem, że kosmos, ale żal było nie skorzystać z tej okazji. A tak prawdę mówiąc, kupiłam je na Zalando i nie wiem jeszcze czy ze mną zostaną. Tam jest 100 dni na zwrot, więc mam jeszcze jakieś 80 dni na przemyślenia czy będą grały z resztą mojej garderoby na wiosnę. Buty kosztowały 320 zł, reszta to jakieś sweterki z łapsów. No i kosmetyki czyli niekończąca się historia. Zawsze coś brakuje.

Z kategorii wstydu to chyba nawet jestem zadowolona. No nie jest idealnie wiadomo, fajki itp., ale na prawdę się starałam. W sobotę kiedy wyciągali mnie do barów siedziałam w domu i czytałam książkę, nie tyko z oszczędności, ale też mam jakiś wstręt do tych miejsc. Wszystkich wypadów oczywiście nie ominęłam, ale to i tak lepsze niż nic. Poszalałam w rozrywce, ale co tam się kryje? Uwaga – w styczniu byłam: 3 razy w kinie, 3 x na lodowisku, na nartach i w teatrze! Nie żałuję ani grosza i wydaję mi się, że to i tak nie dużo wydanych pieniędzy jak na tyle aktywności. Korzystałam np. z tanich dni w kinach, a bilety do teatru kupiłam za pół ceny na Olx. Za to planowany wyjazd przesunął się na luty.

I cała reszta. Prezenty są nie do ominięcia i na ten cel też powinnam jakiś fundusz założyć, bo jak przyjdzie okres weselny to się wykończę. Po bodajże półrocznej przerwie wybrałam się do fryzjera, tutaj koszt niewielki, ale na wiosnę szykuje się malowanie. To będzie bolało.

Podsumowując, mimo duuużych wydatków budżet na minusie tylko o nie całe 200 zł. No, ale nie będę oszukiwać, korygowałam budżet na początku stycznia, już po tym jak zrobiłam największe wydatki. Jestem niezadowolona bo liczyłam, że oszczędzę jednak okrągły 1000 zł. Z drugiej strony jeśli oddam buty, na moje konto wróci ponad 300 zł. Nie wiem jeszcze co zrobię. W każdym razie, aby wyrobić się w swoim postanowieniu oszczędzania miesięcznie minimum 1500 zł, w lutym muszę odłożyć ok. 2050 zł… Będzie ciężko, ale luty to krótki miesiąc, więc podejmuję wyzwanie 😉

Podsumowanie roku 2018 i plany na 2019

Z przyjemnością zawsze czytam wszelkie podsumowania na blogach, zatem nie pozostaję mi nic innego jak napisać jaki rok 2018 był dla mnie :). A tak naprawdę jaka ja byłam w tym roku i co zdziałałam.
Ze względu na awarię telefonu i utratę danych z większości roku o moich wydatkach nie mam możliwości podsumować roku w perspektywie finansowej nad czym ogromnie ubolewam. Cóż, dołączyłam do grona ludzi, którzy zawsze robią back-upy 🙂
Do tego podsumowania punktem wyjścia będą moje postanowienia z końcówki 2017 na miniony okres. Już patrząc na moje założenia, widzę jak spokojna byłam rok temu, jak inne miałam priorytety. I ile stresu nabawiłam się przez ten czas.

Postanowienie 1 – Nauczyć się grać na gitarze
No to zaczynamy od pierwszego niewypału. Nie wiem nawet czy weszłam na olx w poszukiwaniu gitary. Nie wiem od ilu lat mówię sobie, że zacznę i nie wiem od jakiego czasu marzę, że nauczę się grać na tyle, że móc śpiewać tak jak mi się podoba. W tym roku nie zrobiłam w tym kierunku nic, no ale prawdę mówiąc, nie był tak jakiś życiowy priorytet.

Postanowienie 2 – Dodatkowy dochód
Miałam tu na myśli coś w stylu dodatkowej pracy bądź pomysłu na jakąś własną, niewielką działalność, ale z takich rzeczy nie wyszło za wiele. Z moich obliczeń wynika jednak, że do mojej kieszeni wpadło dodatkowe 1500 zł z różnych źródeł: promocje banków, polecanie portalu booking, korepetycje w rodzinie, sprzedaż ubrań itp. Nie są to wielkie pieniądze, ale spokojnie mogłabym z tego finansować małego tripa do europejskiej stolicy lub inną zachciankę. Z tzw. bankobraniem przystopowałam pod koniec roku, bo nie chciałam wyglądać niepoważnie przy braniu kredytu mając wiele kont w bankach. Uważam jednak, że to całkowicie bezwysiłkowy zarobek i będę próbowała z tego jeszcze korzystać. Ciesze się również, że wzięłam się za sprzedaż ubrań, większość zbędnych rzeczy już ode mnie wyszła, ale mam jeszcze kilka perełek, które można zamienić na pieniądze.

Postanowienie 3 – Dalsza nauka
Krótko mówiąc pójść na studia podyplomowe lub kurs, który pozwoli mi się dalej rozwijać. Kolejne fiasko, ale próba była. Ze względu na cięcie kosztów wybrałam się na interesujący kierunek w darmowej szkole policealnej. Po kilku zjazdach doszłam do wniosku, że tylko tracę czas i cofam się w rozwoju. Absolutnie nie byłam targetem tej szkoły, a raczej czułam się jakbym trafiła do podstawówki.

Postanowienie 4 – Dwa wyjazdy za granicę
No był jeden, ale długi i udany :). Prawdziwy urlop od niepamiętnych czasów. Oprócz tego kilka weekendowych wyjazdów po Polsce, czyli moje ulubione ładowanie baterii.

Postanowienie 5 – schudnąć do 54 kg
Haha. Nope. Jeżeli już to przymasowałam w tym roku. Ale chwilowo zupełnie wypadło to z kręgu mojego zainteresowań. Od kilku lat staram się zejść do upragnionej wagi ćwicząc i zwracając uwagę na dietę. W drugiej połowie minionego roku nie robiłam zupełnie nic, a nawet doszłam do wniosku, że odchudzanie to zajęcie dla znudzonych ludzi :D. Prawdą jednak jest, że bardziej komfortowo mi się żyje w mniej rozlazłym ciele, a wysiłek fizyczny jak nic innego pomaga uwolnić się od uporczywych myśli.

Postanowienie 6 – Własne miejsce w sieci
Jedno się udało :). Bardzo się ciesze, że stworzyłam tego drobnego bloga. Przelewam tu myśli i plany, które fruwały zawsze na luźnych kartkach i tam też ginęły. A do tych podsumowań, radości i smutków zawsze będzie dało się wrócić. Mam jeszcze pomysł na jedną stronę związaną bardziej z moją działalnością zawodową, ale forma jest jeszcze do przemyślenia.

Cóż, z postanowień wynika totalna porażka. Ale jak tak naprawdę było w tamtym roku? Różnie. Udało się kupić mieszkanie, a nawet nie brałam tego pod uwagę na początku 2017. To duży krok i całkiem fajny, ale jak dla mnie totalnie stresujący. Ten rok upłynął mi przede wszystkim pod znakiem stresu. Stresu w pracy, stresu przez dorosłość (czytaj kredyt i mieszkanie), a ostatnio dopadły mnie jakieś lęki przed rzeczami, które się jeszcze nawet nie zdarzyły. Zawsze miałam z tym problem, ale to co się ze mną ostatnio dzieje sprawia, że zaczynam googlować psychoterapeutów. Niejako ta sytuacja wyznacza mi kierunek w jakim chciałabym podążać w najbliższym czasie.

PLANY NA 2019
1. Opanować swoją psychikę
Przede wszystkim nie martwić się na zapas. W życiu jest tyle złych rzeczy, a ja psuje te dobre chwile przez panikę ‚co jeśli’. Cieszyć się z tego co mam i nie dawać się tym myślom, które każą mi się nie podnosić z łóżka, żeby unikać rzeczywistości. Jeżeli stan, który mam ostatnio nie zostanie zażegnany, skierować kroki na terapię, bo jakieś głupoty zatruwają mi życie. Rzeczy które mogą pomóc: intensywny wysiłek fizyczny, pozytywna muzyka, wyciszające zioła etc.

2. Dbać o siebie
No cóż, w zdrowym ciele zdrowy duch :). Nic mi ostatnio tak nie pomogło jak mocny wycisk na siłowni, więc będę szła tym tropem. Fajnie by było w końcu być z siebie zadowolonym, a regularne treningi sprawiają, że lepiej się patrzy w lustro niezależnie od wagi. Oprócz tego klasycznie – dieta. Wszystko się łączy – gotowanie zdrowych posiłków to i lepsza figura i większe oszczędności. Nie wyznaczam progu, chce tylko być z siebie zadowolona.

3. Rozwijać się i szukać dodatkowych dochodów
W zasadzie jak w tamtym roku, dalej szukam pomysłu na siebie. To wszystko takie mało mierzalne i niesprecyzowane, ale na ten moment nie mam konkretu, a chce go dopiero znaleźć.

4. Oszczędzać 1500 zł miesięcznie
Te 1500 zł jest osiągalne, ale jako średnia roczna. Czasami muszę wydać znacznie więcej, czasami znacznie mniej. Już styczeń pokazał mi faka i przerzucenie 1500 zł na konto oszczędnościowe odpada. Wciąż jednak mogę nadrobić to w przyszłym miesiącu. I to fajny punkt, bo przy regularnym publikowaniu podsumowań miesięcznych, za rok mogę się konkretnie rozliczyć.

A co mi w duszy gra poza powyższym? Świetnie wyglądać na wiosnę, nauczyć się obsługiwać program do projektowania przestrzeni i samodzielne stworzyć projekt mieszkania, jeździć dużo na rowerze, czytać więcej książek, chodzić w sukienkach, nie myśleć co powiedzą inni, dostać podwyżkę, pojechać w góry i spędzić wakacje w wymarzonym kraju.
Na samą myśl o tych rzeczach się uśmiecham :).

Podsumowanie finansowe grudnia

Długo się zbierałam do rozliczenia grudnia, w międzyczasie zdążyłam napisać podsumowanie roku, które opublikuje na dniach.
Grudzień to specyficzny miesiąc, zazwyczaj mniej pracujemy (co mnie nie dotyczyło za bardzo w tym roku), a więcej spotykamy się z bliskimi czy ze znajomymi, którzy przyjechali
w rodzinne strony. Powoduje to oczywiście spore wydatki na rozrywkę i prezenty ;).

Dochody z grudnia mają się tak:

Całkiem przyzwoicie, niewielka premia świąteczna i parę innych premii za polecenia bądź utrzymywanie konta bankowego. Nie jest jakoś super, w grudniu 2017 wyrobiłam rekordową premię i na razie jest to rekord niepobity.

Jedzenie na szczęście w ryzach, ale tylko dzięki żywieniu się około świątecznym jedzeniem
i małymi zakupami do domu w związku z tym. Widać jak na dłoni liczne spotkania towarzyskie oraz to, że nie ma co zakładać, że zawsze będę miała swoje pudełka do pracy. Niewielkie kwoty na stołowanie się w pracy trzeba poświęcić. Są takie dni, że nie ma ani czasu ani chęci myśleć o posiłkach „na jutro”.

Wydatki na paliwo w końcu w normie, ale auto ostatnio strasznie mi zjada finanse.
W styczniu będzie jeszcze gorzej. Muszę pomyśleć nad budżetem celowym na auto, mam już taki plan na ubezpieczenie dla samochodu, ale odkładanie na inne wydatki związane
z transportem też wydaje się warte uwagi.

Oops, zapomniałam uwzględnić, że mój detoks zakupowy się kończy i trochę poszalałam na wyprzedażach. Muszę obrać strategię na styczeń zanim się skończy, bo pozmieniało mi się trochę w głowie. Mam ochotę na jeszcze kilka rzeczy, które są (jak się wydaje) wysokiej jakości – kaszmirowy sweter, skórzane buty. Idzie za tym jednak naprawdę spory wydatek,
a z drugiej strony opłaca się teraz kupić te rzeczy bardziej niż kiedykolwiek. Jeszcze nie wiem jak to rozwiąże – może spróbuje przerzucić zakupy ubraniowe na luty, w związku z już wysokimi wydatkami w styczniu?

Kategoria prawie w ryzach, chodź daleko do poprawy. Na szczęście mniejsze wydatki
na Sylwestra zatuszowały resztę. Alkohol to alkohol, a bar to pieniądze wydane w knajpach
na alko bądź kawę.

Na szczęście udało się ograniczyć kwoty na prezenty, co ponownie zatuszowało kwestię innych, nieplanowanych wydatków. Widać jak na dłoni, że na razie kiepsko mi idzie
z budżetowaniem, ale to dopiero drugi miesiąc prób. Będę starała się dostosować bardziej plany pod swój styl życia.

Bilans grudniowy:

W grudniu było różnie, budżet przekroczony o ponad 200,00 zł i prawdę mówiąc cieszę się,
że tylko o tyle. Wiele z kategorii nie pokryło się z rzeczywistością, a pewnych wydatków nie przewidziałam w ogóle. Na szczęście udało się oszczędzić blisko 1500,00 zł czyli tyle ile zawsze chciałabym odkładać na konto oszczędnościowe. Z tego cieszę się bardzo i widzę,
że dobrze działa na mnie ten rachunek sumienia przed samą sobą na blogu 🙂

Co mi dał detoks zakupowy?

Jak wspominałam w poprzednich postach na przełomie sierpnia i września, zainspirowana Joasią Glogazą zrobiłam sobie detoks zakupowy.  Po wakacyjnych zakupach zauważyłam, że ubrań mam tyle, że spokojnie przez kilka miesięcy prawie niczego nie będę potrzebowała na gwałt. Jako koniec wyzwania założyłam sobie dość realny termin – 27 grudnia. Nie bez powodu – to dzień rozpoczęcia zimowych wyprzedaży :). Sytuacja wymusiła na mnie zakończenie detoksu minimalnie wcześniej, ale i tak jestem z siebie mega dumna!
Aha, muszę zaznaczyć, że detoks dotyczył wyłącznie nowych ubrań, mogłam śmiało korzystać z second handów i np. vinted.
Zatem jakie są wnioski po ponad trzech miesiącach bez zakupów?

1.Chodzenie po sklepach to nie jest dobre hobby.
I spokojnie da się bez niego żyć. Co więcej – da się tego oduczyć :D. Dopiero zauważyłam, że wcześniej potrafiłam z nudów po pracy zajechać sobie do galerii zobaczyć co tam ładnego wisi w tych sklepach. Kończyło się to często albo kupieniem jakiegoś niepotrzebnego łacha, a nawet jeśli nie to tzw. chorowaniem na niego. Czyli wiesz, że jest niepotrzebny, ale jest taki pięęęękny. Co z tego, że mam tyle sandałów, te z wystawy są takie śliczne, poczekam, aż przecenią i kupię. No i cóż, przeszło mi. Teraz siłą mnie trzeba wyciągać do galerii, a kupowanie prezentów to katorga. 
Wciąż jednak namiętnie przeglądam sklepy internetowe. Tego się jeszcze nie oduczyłam i to e-sklepy najbardziej mnie kusiły przez te miesiące. 

2. Nowa miłość do ciuchlandów.
Ale jednak na początku mocno mnie kusiło. Do tego wiedziałam, że muszę kupić jeansy. Te w których chodziłam rozpadły mi się na tyłku. Zamiast wydać standardową stówkę na spodnie w bershce czy zarze, skierowałam kroki do łapsa. Już na pierwszej wizycie dorwałam idealne ciemne rurki za 8 zł. Stówa w kieszeni mocno mnie uradowała. Zaczęłam regularne odwiedzać ciucholand i mam naprawdę parę niezłych łupów. Za nie więcej niż 50 zł kupiłam śliczny kardigan, 100% kaszmirowy, basicowy sweter i trzy pary spodni. Czyli da się, bo wcześniej twierdziłam, że nie umiem nic znaleźć dla siebie w secondhandach. A znalazłam naprawdę super rzeczy, nieodstające od tego co w sieciówkach, a nawet lepsze. Teraz jeśli będę czegoś potrzebowała, swoje pierwsze kroki skieruje do taniej odzieży. 

3. Oszczędność pieniędzy. 
Po prostu nie wydałam kasy, którą wydałabym na pewno. Nie przyniosłam do domu kolejnych niepotrzebnych szmat czy nieidealnej bielizny tylko dlatego, że była w promocji. Głupota straszna, ale jestem świadoma, że tak robiłam. Co więcej, widzę, że moja garderoba nie jest może dokładnie taka jak bym chciała, ale jest wystarczająca i pasująca do mojego stylu po prostu i stylu życia też. Widzę realne potrzeby na zakupy, ale widziałam je też wcześniej dlatego detoks się kończy, bo po prostu muszę kupić buty na zimę. Zakładając koniec, brałam pod uwagę, że jeszcze poszaleję na wyprzedażach, ale teraz myślę, że chyba wcale nie. 

Z całego serca wszystkim polecam takie wyzwanie. Jeżeli czujesz, że kupujesz impulsywnie, albo zdarza Ci się kupić coś tylko dlatego, że jest przecenione, to taki detoks na pewno dobrze Ci zrobi. Ah, swoją drogą, miałam niezły problem w co pójść na imprezę andrzejkową. Takie ma minusy niekupowanie niczego nowego:). Koniec końców, wynypałam coś w szafie, ale przez chwilę byłam przerażona. Nie obiecuję sobie zatem, że nic nie kupię na nadchodzące wydarzenia jak Wigilia czy Sylwester :).